Moja pierwsza szkoła

Moja nauka zaczęła się w 1935 roku w Szkole Podstawowej w Mirkowie. Była to prywatna szkoła, finansowana przez Fabrykę.

Duży, piętrowy, masywny budynek otoczony kwitnącym latem ogrodem. Na parterze budynku trzy ogromne pomieszczenia (klasy) i duża sala gimnastyczna – na piętrze pomieszczenia – klasy i mieszkanie pana Dyrektora. Wadą wszystkiego był brak toalety – najbliższy budynek od tych spraw, mieścił się kilkadziesiąt metrów od budynku szkoły i w dużej przerwie był oblegany. Większość dzieci była przyzwyczajona do takich warunków w domu – więc nie był to poważny problem. Ważni byli nauczyciele i nastrój, jaki się wyniosło z tej szkoły. Dyrektorem szkoły był pan Rybczyński. Spokojny, nigdy nas nie stawiał do kąta, nie karał. Był przez dzieci bardzo lubiany. Pani Marta Grochulska – wychowawczyni naszej klasy – bardzo przez nas kochana, uczyła wszystkiego. Kiedy wychodziła za mąż, dostała od nas bukiet czerwonych tulipanów. Pani Irena Koprowska – matematyczka, ale nie tylko… Uczyła klasy starsze – wspaniała nauczycielka, ale bardzo sroga i wymagająca wychowawczyni. Pan Henryk Wolski – wspaniały nauczyciel „kumpel”, kochał nas. Założył w szkole drużynę harcerską. Zorganizował drużynie wakacje (statkiem) do Kazimierza Dolnego. Była to również podróż poślubna pani Wolskiej. Mieszkaliśmy w Bochotnicy u gospodarza w stodole, na świeżym sianie. Pana Wolskiego podczas okupacji spotkałam w tramwaju. Był konduktorem. Pan Stefan Nowak był dobrym nauczycielem – ale jak pamiętam – nie kochał nas. Był jeszcze nauczyciel śpiewu. Nazywaliśmy go po prostu „Śpiewakiem” i tak został w mojej pamięci.

Kiedy moja pierwsza klasa zbliżała się do drugiej. Pan „Śpiewak” przygotował nas do śpiewu w chórze. W 1937 roku nasz umiłowany ksiądz Ryszard Paciorkowski udzielił nam pierwszego sakramentu. UWAGA! Ks. Ryszard w 1942 roku poświęcił potajemnie sztandar Batalionu „Mączyńskiego”. Sztandar naszego Batalionu ksiądz Paciorkowski przechowywał w swoim prywatnym mieszkaniu – do chwili Powstania Warszawskiego. Pamiętam również i serdecznie wspominam opiekuna szkoły (woźnego) pana Stasiaka. On naprawdę nas kochał. Spełniał nasze mądre, ale i głupie potrzeby. Nazywaliśmy go wujkiem. Koleżanki i kolegów z tej pierwszej szkoły wspominam z łezką w oku…

Wspominam również bale i przygotowania do nich. Naukę tańców ludowych, ludowych piosenek, deklamacji. Przed świętami Bożego Narodzenia – klejenie łańcuchów na szkolną – ogromną choinkę, robienie zabawek (kolorowe papiery z Fabryki). Nasz szkolny chór pięknie śpiewał. Pan „Śpiewak” dbał o to. Występowaliśmy na wszystkich świętach państwowych. A ja prowadziłam – sklepik szkolny. Sprzedawałam zeszyty, stalówki, ołówki, gumki.

Zawsze będę pamiętała moje najbliższe przyjaciółki: Tereskę Szacównę, Marysię Płatkowską, Franię Smarzyńską, Klarę Prądzyńską, Janeczkę Strzelczyk, która zmarła, będąc w drugiej klasie, Halinkę Ochocką – ona była doskonale zorientowana, kiedy staniemy się kobietami, co nas w związku z tym czeka, siostry Smarzyńskie – do których chodziłam na obiady. Smakował mi czerwony barszcz z ziemniakami w ogromnej misce, kraszony skwarkami. W związku z wizytami u koleżanek, które bardzo kochałam – ze szkoły do domu wracałam dość późno. Do tego domownicy przyzwyczaili się, pytając: „Czy ta powsinoga już wróciła?”.

Żegnaj piękny, beztroski czasie. Żegnajcie koleżanki i koledzy. 1939 rok zmienił wszystko… 3 września (przed wojną początek nauczania). Poszliśmy z moim bratem Władkiem do szkoły. Powtarzam słowa naszego „wujka” Stasiaka: „Szkoła zamknięta, idźcie do domu. Nauczyciele poszli na wojnę”. Skończyło się cudowne, beztroskie życie. Skończył się etap radości, beztroski, a my dzieciaki nagle weszliśmy w problemy dorosłych ludzi…

Autorka: Barbara Żugajewicz-Kulińska

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *