Szkoła, której się nie zapomina…

Wojna dobiegała końca, na przegranej Niemców, którzy 17 stycznia 1945 roku opuścili Warszawę i okolice. W Konstancinie duży ruch stale przybywa ludzi, przybywa młodzieży. Trudno to sobie dzisiaj wyobrazić, ale w tym życiowym zamieszaniu powstała szkoła pod nazwą: Państwowe Gimnazjum i Liceum im. T. Reytana – filia Skolimów – Konstancin. Był to oddział szkoły „Reytana” w Warszawie pod dyrekcją prof. Orłowskiego. Na budynek przeznaczono wspaniałą willę zajmowaną przez całą okupację przez kata Warszawy – Fischera.

Prawowitym właścicielem tej wspaniałej willi był przemysłowiec Werthaim. Willa ogromna – zbudowana z pięknej czerwonej cegły z balkonami, pięknie położona – tuż przy lesie i w dodatku w parku willi był basen. Wprawdzie woda prawdopodobnie była jeszcze przedwojenna, co nie znaczy, że to przeszkadzało naszym kolegom, którzy w tej zarośniętej wodnymi roślinami wodzie się kąpali.

Wnętrze willi było w dobrym stanie. Jednak całkowicie było ogołocone z mebli. Każdy uczeń miał obowiązek przyniesienia krzesła i innych przedmiotów z podziemia, w którym była kuchnia, zrobiliśmy „salon” – tu odbywały się tańce, śpiewy.

Nasi kochani nauczyciele umieli razem z nami cieszyć się wolnością. Traktowali nas jak wypuszczone z klatek ptaki – my nauczycieli jak rodzinę. To była cudowna atmosfera do nauki. Wprawdzie brakowało tablic, pomocy naukowych, które nasi kochani nauczyciele samo zdobywali – uczyliśmy się w dobrym, rodzinnym nastroju. Nigdy nie zapomnę, kiedy pani Chlistunow (uczyła niemieckiego) po dużej przerwie, stawała na balkonie i miękką polszczyzną wołała – „dzieci proszę na lekcję” i dzieci zjawiały się z lasu czy wspomnianego basenu. Bez kar, bez tłumaczeń. Każdy wiedział, że panią profesor należy przeprosić. Z tymi powrotami po przerwie – był kłopot. Wszyscy chłopcy łazili po lesie, szukając wojennych niewypałów. Dyrektor zdecydował, żeby o znalezionych niewypałach meldować szkole. Zgodnie (humorystycznie) z poleceniem chłopcy przytaszczyli bombę „kukuruźnik” i postawili na stole w pokoju nauczycieli, a efektem tego dowcipu był brak lekcji przez trzy dni, w oczekiwaniu na saperów. Wygłupy jednak znalazły koniec. Cała ferajna poszła na dużej przerwie w poszukiwaniu niewypałów. Efektem tego był wybuch, który rozerwał w strzępy naszego kolegę – Kazia Wątrobę. Jego szczątki zbieraliśmy ze świerków do torebek zrobionych z zeszytów.

Nasza szkoła to szkoła „średnia”. Cztery klasy gimnazjum, dwa liceum. Mój brat Władek był w klasie dwa lata wyższej. W jego klasie byli chłopcy, a raczej „panowie” w wieku 21-22 lata. Podczas okupacji musieli zarabiać na życie. Nie mieli możliwości korzystania z tajnego nauczania.

Było lato 1945 roku. Nie korzystamy z wakacji. Uczymy się. Młodzież z wyzwolonej Warszawy, a także miejscowa młodzież. Ja i mój kolega Zbyszek Należyty mieszkamy w Klarysewie. Mamy kłopot z drogą do szkoły. Jest do niej dość daleko… Mostu na Jeziorce, który łączy Klarysew ze Skolimowem (tam szkoła) – nie ma. Niemcy wycofując się z okolicy – wysadzili w powietrze. Zbyszek wozi mnie okrężną drogą do szkoły. Pewnego dnia nad Jeziorką pojawiają się amerykańscy żołnierze. Jedni zajęci pracą przy moście – inni szykują drewnianą kładkę. Już następnego dnia korzystamy z przejścia kładką. Z jednej i drugiej strony stoi żołnierz. Podając dla bezpieczeństwa rękę, mówi – „Dzień dobry”. Szalejemy z radości. Mamy wolną Polskę – a tu Amerykanie budują nam most. Kłaniają się i witają nas. Któregoś dnia po angielsku pozdrowiłam podającego mi rękę, a ponieważ byłam dziewczyną grzeczną – podziękowałam mu również po angielsku. Amerykanin po kilku dniach powitań i grzeczności – poprosił mnie o spotkanie. Mając w głowie plan – zgodziłam się. Umówiliśmy się, pamiętam na ulicy Puławskiej – przy lodziarni. Poszło ze mną sześciu chłopaków – kolegów z klasy. Byli ze mną: bracia Niedzielscy, Andrzej Wyrzykowski, Zbyszek Należyty, Tadek Węgiełek i Bogdan Rybczyński. Podeszliśmy gromadnie do Amerykanina, który na widok naszej ferajny stanął na baczności i zniknął między domami. Nigdy więcej nie zobaczyłam Amerykanina, który pomagał mi przechodzić przez drewnianą kładkę. Było mi głupio i „mojej męskiej obstawie”, również. Zwłaszcza że budowa mostu zbliżała się ku końcowi. Pisząc o tym po latach, nadal jest mi głupio. Ot, takie młodzieżowe „kawały”.

Minęło lato, zbliżała się jesień, a w niej wyjątkowy dzień 11 listopada. Dzień Niepodległości podczas trwania niemieckiej okupacji był obchodzony w konspiracji, za cenę życia… Nareszcie jesteśmy wolni i możemy oddać – Hołd Poległym. Polegli z naszej okolicy zostali pochowani na wojskowym cmentarzu w Powsinie – Powstańcy. Żałoba zaledwie kilka miesięcy. Wszystko jeszcze żywe. Musimy być na grobie z wartą pamięci o poległych. To nasi krewni i sąsiedzi – czasami bracia.

Wzięłam wszystko w swoje ręce, przy pomocy Andrzeja Wyrzykowskiego, partyzanta, który do szkoły przychodził w ubraniu „leśnym”. Długie buty. Z jednej cholewy wystawał bagnet, z drugiej jeden zeszyt do wszystkich przedmiotów. Ja zmobilizowałam dziewczyny, on chłopaków do całonocnej warty przy grobie w Powsinie. Wszczął się organizacyjny ruch. Flaga, berety, wymiana obuwia, opaski na ramię, ciepła odzież. Załatwiłam u dyrektora szkoły blisko położonej cmentarza – ciepłą zupę i picie (zupę zacierkową, ugotowałam ja). I tak w chłodną listopadową noc, zmieniając się co pół godziny, pełniliśmy wartę przy bliskich nam, którzy polegli za wolną Polskę.

W szkole nie było dyskusji dotyczącej tego dnia. Myślę, że niewiele osób o tym wiedziało. Z pewnością wiedziało U.B. (Urząd Bezpieczeństwa). 6 grudnia – zostałam aresztowana. Dla mnie rozpoczął się życiowy koszmar – ale to nie dotyczy szkoły, to inne wspomnienia.

W naszej szkole wyższe klasy szykowały się do „studniówki”. Ponieważ w ich środowisku przeważała płeć męska – chłopcy zwrócili się do nas o pomoc w zorganizowaniu tej pięknej uroczystości. W piwnicach budynku była kuchnia. Chłopcy wszystko przygotowali do ugotowania kotła bigosu i usmażenia kilkudziesięciu pączków. To zrobiłyśmy: Ala Terlikowska i ja. Było wszystko, czego potrzeba do spotkania na tak wspaniałą uroczystość. Byli rodzice uczniów, którzy za 100 dni przystąpią do matury, były tańce: walec, tanga i fokstroty, były wspomnienia i śpiew. Był również szef U.B., którego osoba ostudziła uroczysty nastrój…

prof. Brunon Hlebowicz

Z czasem uczniów przybywało. Warunki lokalowe zmusiły do podziału pomieszczeń klas szkoły. I tak w budynku Wertheima zostały klasy gimnazjalne – klasa licealna (o której piszę) została przeniesiona do Skolimowa – do budynku poseminaryjnego o klasztornym charakterze. W nim zdawaliśmy egzaminy maturalne. W tym budynku o nazwie „księżówka” odbyło się pięknie przyjęcie pomaturalne połączone z pożegnaniem naszych nauczycieli – przyjaciół:

– J. Ptaszyckiego – uczył łaciny, prof. Gruszackiego – uczył historii, p. Grygielewiczowa – uczyła fizyki i chemii, B. Rydzewskiego – matematyki, żegnam p. B. Hlebowicza, uczył biologii, Warmta – łaciny, p. Frydrychową – języka polskiego, p. Chlistunow – języka niemieckiego, p. Madejskiego – uczył rysunku, p. Chłapowskiego – uczył historii, był również dyrektorem szkoły, żegnam księdza E. Żelazowskiego, który był z nami niezbyt długo (władze komunistyczne nie zezwalały na naukę religii w szkołach).

My, maturzyści nie żegnaliśmy się „na zawsze”, odwrotnie – złożyliśmy wzajemną przysięgę, że dwa razy w roku będziemy razem. Tak się też stało. Do końca życia ostatniego żyjącego profesora pana Hlebowicza – spotykaliśmy się całą klasą z którymś z profesorów ze szkoły. Zimą u profesora Brunona Hlebowicza i jego żony – Bogny na „opłatku”, latem u koleżanek i kolegów posiadających kawałek ziemi z trawą, kwiatami i drzewami. To byli: Monika Czachorowska, Andrzej Wyrzykowski i Baśka Żugajewicz (obecnie Kulińska). To były wzruszające spotkania. Lata biegły… Wspomnienia te piszę w 72 -gim roku naszej matury.

Czytającym nasze szkolne wspomnienia życzę Zdrowia! I posyłam wiersz mojego przyjaciela Andrzeja Wyrzykowskiego, który został napisany z okazji 30 -to lecia naszej matury, w dniu 18 września 1977 roku.

Wiersz napisany z okazji 30 lecia matury – 1977 rok.

Szkolne lata

Szkolne lata, szkolne lata

Tramta drata, tramta drata

Dobrze było, miło było

Ale dawno się skończyło

Lat trzydzieści, miły Boże

Lat trzydzieści, czy być może?

Niby kiedy, niby jak?

Lat trzydzieści. A my wszak

Razem dziś z Profesorami

Witając ich z honorami

Do jednego stołu siędziem

I znów ich uczniami będziem.

Popłynie potok wspominek

pośród chłopców i dziewczynek

Szkolne lata, lata szkolne

Czasem trudne i mozolne

Roześmiane, rozbrykane

Lata szkolne, tak kochane

Pełne marzeń, pełne planów

Pełne życia i zapału

Waszą ręką kształtowane

Waszą wiedzą drukowane

Waszym sercem malowane.

Lat trzydzieści, płynie czas

Ale zawsze jeszcze w nas

Siedzi dusza reytaniecka

Taka chwacka i junacka

Która się potrafi śmiać

I którą na wiele stać

Która ręką Madejskiego

Świat maluje w złote błyski

I może właśnie dlatego

Świat nam jasny jest i bliski

Frydrychowej romantyzmu

Pełna, niby puchar miodu

Mimo życia realizmu

Roztańczona jak zamłodu

Bios – to życie, logos – słowa

Co Hlebowicz w głowę wbijał

Pracujem uczciwie głową

Dziękujem za Twoje słowa

Choć Bios mija…

Każdy z Was, Nauczyciele

Obecni i ci co nie ma

Każdy z Was dał z siebie wiele

Każdy pisał swój poemat

Duszą swoją w naszej duszy

Każdy swoją część poruszył

Dziś my, Wasi absolwenci

Z głębi serca, szczerych chęci

Gratis – vocant – ei honores

Vivat, Vivat Profesores.

Klarysew, 18 września 1977 roku.

Autorka: Barbara Żugajewicz-Kulińska

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *