Okupacja

Mój tata był wspaniały! Wystarczyły dwa dni na wypoczynek, opowieści i ogólną regenerację. Wsiadł na rower i pojechał do swoich nadwiślańskich przyjaciół – kółka myśliwskiego, którego był przed wojną prezesem. Wizyta trwała kilka godzin, ale… były to godziny planów, pomysłów.

W wypchanym plecaku przywiózł tata od przyjaciół kiełbasę, kawały świeżego sera, kawały mięsa, miód i na pocieszenie buteleczkę bimbru. Nie mówił o utraconym w Warszawie majątku, o straconym samochodzie. Cieszył się, że zastał w domu rodzinę. Przy kolacyjnym spotkaniu powiedział coś, czego nie można było zapomnieć: „Polska będzie żyła! Polska już żyje, tylko Jej nie widać. Żyje w podziemiu!”

Jeszcze w październiku przyszedł do rodziców pan mecenas Kulczyk. Uważał, że w związku z zamkniętymi szkołami, należy dzieci uczyć konspiracyjnie. On może to robić, tak się stało. W kilka dni później cztery zaufane moje przyjaciółki przychodziły do naszego domu na tzw. komplety. Włodek również uczęszczał do kolegi. Tak w ciągu kilku tygodni młodzież miała zapewnioną naukę. Ruszyła Ciuchcia. Z możliwością kontaktu z Warszawą – nastąpiło niebezpieczeństwo „łapanek” i wywózek do Niemiec, a tam na najgorsze roboty. Wieś żyła. Szybko i skutecznie rozwijała „konspiracyjną” produkcję przetworów mięsnych, serów, miodu, oleju, hodowlę drobiu. Niemcy zorientowani w nielegalnej dostawie do Warszawy żywności wprowadzili osobiste rewizje, zwłaszcza tęgich kobiet, które pod fartuchami oplecione były kiełbasą, boczkiem lub kawałkami mięsa. Codziennie jeździłam do Warszawy.

Wszystko to widziałam, ponieważ z końcem listopada zostały otwarte szkoły. Niemcy zgodzili się na otwarcie szkół, tak zaplanowanych (co nie znaczy, że zginęły te poprzednie z planu podziemnego nauczania):

Szkoły wyższe – Politechnika, Uniwersytet i inne szkoły wyższe – zlikwidowane.
Szkoły średnie – nie istnieją.

Dopuszczono do nauczania szkoły podstawowe:

Dla chłopców – szkoły mechaniczne (samochodowe), murarskie, fryzjerskie, krawieckie i ogrodnicze.
Dla dziewcząt – szkoły krawieckie, kucharskie i ogrodnicze.

Ja ukończyłam szkołę krawiecką – nie mogę się jednak pochwalić sztuką szycia.
Zabronione: języki obce, historia.
Obowiązkowy: język niemiecki.

Na takiej zasadzie zaczęła swoją konspiracyjną pracę znana w Warszawie, ciesząca się wspaniałą opinią żeńska szkoła pani Janiny Popielskiej i Janiny Roszkowskiej. Szkoła istniała od 1915 roku i jej Przełożone miały ogromne doświadczenie, jak wielka spada na nie odpowiedzialność, a na dziewczęta praca i trudność w nauce. Rodzice również zdawali sobie sprawę, że nauka w warunkach okupacyjnych i dobre wychowanie dorastającego dziecka – być może wielkim niebezpieczeństwem, ale „życie każdego Polaka było niebezpieczne”.

Był początek 1941 roku, kiedy stanęłyśmy z Mamą przed ogromnym budynkiem Bagatela 15. Budynek 7-piętrowy, u góry ozdobiony dwoma wieżyczkami. Do tego z drugiej strony od ul. Klonowej wejście do szkoły „Mazowieckiej” (męskiej), do której uczęszczał mój starszy brat Władek i jego przyjaciel Andrzej Budzyński (obecnie pan profesor mieszkający w Stanach Zjednoczonych). To bardzo zachęcało mnie do nauki w szkole na Bagateli. Tak tez pierwszego dnia wraz z Mamą zostałyśmy poproszone do gabinetu mojej Przyszłej Przełożonej pani Janiny. Rozmowa była długa i bardzo szczegółowa. Zwłaszcza z Mamą pod moją nieobecność w gabinecie. Wizyta zakończyła się tym, że niemal 5 lat wchodząc do mojej klasy – mijałam gabinet Przełożonej Roszkowskiej.

Klasy mojej szkoły rozmieszczone były na różnych piętrach. Nasza klasa była na czwartym piętrze. Okna klasy ogarniały widok ulicy: Chocimskiej, Skolimowskiej, częściowo Puławskiej. Podczas lekcyjnych przerw gapiłyśmy się w tamtą stronę, ciekawe co się dzieje na ulicy. I był taki smutny dzień, kiedy przylepione do okien, zobaczyłyśmy niemieckie samochody, gromadę Niemców i samochody ciężarowe, a z nich kolbami wypychanymi cywilami (to działo się tam, gdzie obecnie kino. Szkoda, że nie pomnik…). Usłyszałyśmy kilka karabinowych salw. Samochody zaczęły się rozjeżdżać. Na ziemi leżały martwe, ludzkie ciała. Do klasy weszły Przełożone. Zmienionym głosem – spokojnym i cichym powiedziały: Dziewczynki – odejdźcie od okien. To straceni Polacy. Będziemy się modliły. Była to pierwsza egzekucja. Następnego dnia na wielkich słupach ogłoszeniowych czytałyśmy nazwiska księży, lekarzy, adwokatów – profesorów, aktorów.

Jesteśmy klasą krawiecką – uczącą się na pamięć „Pana Tadeusza” – i innych zakazanych wierszy. Nauka o podwójnym a bardzo różnym znaczeniu – jest bardzo trudna. Samo już „dotarcie” do szkoły jest trudne. W naszej „Ciuchci” łapanki, rewizje, w tramwajach – rewizje. Samo przejście do szkoły przez ochronę ul. Sucha – niebezpieczne.
Z biegnącym wspólnie czasem, rozumiemy, że każda z nas ma na sumieniu coś: Harcerstwo i inne nielegalne organizacje. Obserwując sposób wychowania nas, nasze nauczycielki od pań Przełożonych do woźnej Agatki, wszystkie należało poddać egzekucji. Oczywiście żadne o żadnej, nic nie wie. W sprawach konspiracyjnych – jesteśmy dla siebie jakby obcymi ludźmi. W atmosferze wspólnego szkolno-konspiracyjnego życia, zaczęłyśmy działać rozsądnie, ale i pożytecznie. Zorganizowałyśmy śniadania dla koleżanek, które jak zauważyliśmy, są głodne. Po prostu – wszystkie „drugie” śniadania rozkładaliśmy na stole nauczycielskim i jadłyśmy co, która chciała. Dla koleżanek ubogich – zwłaszcza dwóch (pochodzenia żydowskiego) miałyśmy wszystko, co było potrzebne do skromnego życia. One któregoś dnia do szkoły nie przyszły, a ślad prowadził do Getta. Odwiedzałyśmy rannych żołnierzy 39 roku leżących w niedalekim Szpitalu Ujazdowskim.

Nasz klasa z obowiązku szyje koszule dla Wermachtu. W klasie stoją dwie maszyny do szycia. Na pulpitach – zamiast książek i notatek – koszule. Niemcy odwiedzali nas często. Najpierw gabinety Przełożonych – co dawało więcej czasu na uporządkowanie klas. Gdyby tylko wiedzieli, że te koszule, które były szyte dla Wermachtu w szkole, były tak naprawdę szyte w naszych domach, przez nasze Mamy… To szkoła z pewnością wyleciałaby z nami w powietrze…

Naszymi rozrywkami były święta Państwowe, które obchodziłyśmy bardzo uroczyście. Wtedy, każda z nas musiała powiedzieć (z pamięci) wiersz Mickiewicza, Tetmajera, Słowackiego, a Pani Heintze cichutko grała piękne, polskie melodie.

W takich warunkach, w takiej atmosferze na kilka dnia przed Powstaniem Warszawskim otrzymałyśmy dwa dokumenty: jeden, z ukończeniem szkoły krawieckiej, a drugi z zaproszeniem do Liceum.
Szkoła została spalona przez Niemców w dniu 6 sierpnia 1944 r. i nigdy już nie powstała.

Po śmierci pani Roszkowskiej i Popielawskiej byłe uczennice z wdzięczności za bohaterskie działania, na budynku przy ulicy Bagatela 15, zawiesiły pamiątkową tablicę o następującej treści:

„W tym domu mieściło się w latach 1915-1944

Gimnazjum i Liceum

Janiny Popielawskiej

i

Janiny Roszkowskiej

W hołdzie założycielkom i pedagogom

oraz uczennicom poległym za Ojczyznę w latach 1939-1945

Wychowanki”.

To jest piosenka śpiewana codziennie w „Ciuchci” przez beznogiego.

Dnia pierwszego września

roku pamiętnego
Wróg napadł na Polskę
z nieba Wysokiego,
najbardziej się uwziął
na naszą Warszawę
o Warszawo biedna ty,

żeś miasto krwawe,

ale przyjdzie pora,

że Polacy w kupie

Wam i Hitlerowi pojadą po dupie.

Autorka: Barbara Żugajewicz-Kulińska

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *